Doszłam do miejsca, w którym niczego już nie muszę udowadniać.
Ani tłumaczyć.
Ani bronić.
Po prostu przestaję oddawać energię tam, gdzie nie ma wzajemności.
To nie jest decyzja z głowy.
To jest ruch życia we mnie.
Cichy. Precyzyjny. Nieodwracalny.
Kiedyś oddawałam ją z lojalności.
Z miłości.
Ze strachu.
Z nadziei, że jeśli zostanę wystarczająco długo,
wystarczająco blisko, wystarczająco cicho — coś się zmieni.
Nie zmieniało się.
Zmęczenie rosło.
Dziś wiem, że wzajemność nie jest luksusem ani warunkiem idealnym.
Jest podstawą.
Jest tym miejscem, w którym życie naprawdę krąży, zamiast odpływać.
Moje „nie” przyszło bez buntu.
Bez wojny.
Bez spektaklu.
Było jak odstawienie ciężaru, który nosiłam tak długo,
że zapomniałam, że nie jest mój.
A moje „tak” — było powrotem.
Do ciała.
Do ciszy.
Do własnego rytmu.
To, co we mnie najważniejsze, nie chce już być zużywane.
Chce być spotykane.
I zauważam, że kiedy przestaję oddawać energię tam,
gdzie nie ma wzajemności,
ona sama zaczyna wracać.
Do mnie.
Do relacji, które oddychają.
Do słów, które mają sens.
Do życia, które nie wymaga zapłaty w postaci mnie samej.
Piszę to z drogi.
Nie z końca.
Nie z rozwiązania.
Z miejsca, w którym wiem, że dalej pójdę tylko tam,
gdzie obecność jest obustronna.
Reszta — może odejść w ciszy.
Marta